Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z pamiętnika podróżnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z pamiętnika podróżnika. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 maja 2012

Montserrat i Leche frita




Nareszcie jest czas, żeby zdać relacje z wyjazdu!
Tempo, które sobie narzuciliśmy było obłędne, ale chcieliśmy, wygłodniali wrażeń zobaczyć, poznać, posmakować jak najwięcej. Tak naprawdę, był to bardziej rekonesans pod przyszłe wyjazdy, bo w każdym miejscu gdzie byliśmy, można by spędzić w ciekawy sposób co najmniej tydzień.

Być może moja chaotyczna i skrótowa relacja zachęci Was do spakowania plecaków i ruszenia podobna trasą. Jeśli chcielibyście uzyskać więcej informacji o trasie, hotelach, gospodarstwach agroturystycznych, w których warto zanocować i innych rad to piszcie, z chęcią podpowiem co nieco J

Dolecieliśmy do Barcelony, a ponieważ ją już dobrze znamy, ruszyliśmy, nie tracąc czasu przed siebie.
Podróż zaczęliśmy od odwiedzenia Klasztoru Montserrat, głównego ośrodka kultu religijnego w Katalonii. Malowniczo położony, skrywa figurkę Czarnej Madonny, podobno wyrzeźbioną przez św. Łukasza, a przywiezioną do Hiszpanii przez św. Piotra (ale tylko podobno, bo naukowcy nie potwierdzili tych przypuszczeń). Koniecznie dotknijcie drewnianego jabłka, które trzyma w dłoni Czarnulka (to przynosi szczęście, a tego nigdy za wiele ;)
Nowożeńcy rozpoczynają swoje podróże poślubne właśnie z Montserrat, a wierzący Katalończycy starają się odwiedzić ten klasztor przynajmniej raz w roku. Jako, że była to nasza spóźniona podróż poślubna, zaczęliśmy ją we właściwym Katalończykom stylu.
Będąc w Montserrat możecie wysłuchać koncertu Chóru Chłopięcego Eskalonii, z najstarszej szkoły muzycznej w Europie. Dziesięciominutowe koncerty odbywają się dwa razy dziennie, wstęp jest bezpłatny.
To drugie po Santiago de Compostella miejsce święte w Hiszpanii, jest szczególnie ważne dla Katalończyków. Było ostoją kultury i języka katalońskiego podczas rządów generała Franco, kiedy posługiwanie się nim było zabronione.
Największe wrażenie w Montserrat zrobiło na nas samo położenie klasztoru, fasada w stylu plateresco, a z kulinarnych doznań chleb figowy, który jest bajeczny (na targowisku przyklasztornym znajdziecie też świetne sery, nalewki, w tym likier Benedyktyn, produkowany z 40 gatunków korzeni i ziół oraz miody eukaliptusowe).


chleb figowy


Cdn.

Tymczasem zamieszczam przepis na kataloński deser, pożywny, tłuściutki i smaczny. Najlepiej smakuje, kiedy jego słodki smak zrównoważycie kwaśną pomarańczą i dużą ilością cynamonu.

Leche frita

Smażelina z kremu jajecznego (w dosłownym tłumaczeniu - smażone mleko)



Dla 6 osób:
500 ml mleka
40 g masła roztopionego
60 g mąki kukurydzianej
3 łyżeczki mąki ziemniaczanej
4 łyżki cukru
1 jajko i 4 żółtka

olej do smażenia

panierka:
2 jajka
szklanka bułki tartej

do podania:
pomarańcze
cukier wymieszany z mielonym cynamonem

Wykonanie:
1. Mleko, masło, jajko i żółtka, cukier, mąkę ziemniaczaną i kukurydzianą umieszczamy w garnku i miksujemy do połączenia składników.
2. Podgrzewamy na małym ogniu, ciągle mieszając. Kiedy zgęstnieje zestawiamy z ognia i wylewamy masę na natłuszczoną oliwą blachę (30x30cm, masa powinna mieć grubość około1,5 cm).
3. Kiedy masa ostygnie wstawiamy ją na do lodówki.

4. Następnego dnia tniemy kwadraty o boku 5 cm i panierujemy dwukrotnie w jajku i bułce. Odstawiamy do lodówki na godzinę, żeby panierka stężała.

5. Na patelni rozgrzewamy dużą ilość oleju i smażymy panierowany krem na złoty kolor.
6. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.
7. Obtaczamy w cukrze wymieszanym z cynamonem.
8. Podajemy na ciepło z pomarańczą.





poniedziałek, 12 grudnia 2011

Nazywam się Ainsa

                       Nasz plan dotarcia z Cadaques, gdzie znajduje się  dom jednej z najbardziej wykręconych znakomitości XX wieku - Salvadora Daliego, do serca pirenejskiego Parque Nacional de Ordesa y Monte Perdido okazuje się zbyt optymistyczny. Droga staje się coraz bardziej kręta, zapasy kawy we krwi okazują się być już dawno skonsumowane przez organizm. Zmrok przywitaliśmy spory czas temu opuszczając Barbastro, stolicę winnic rejonu Somontano, których sława dotarła do Polski wraz z ciekawymi winami Montesierra. Droga z pewnością będzie coraz bardziej wymagająca dla hamulców naszego auta z wypożyczalni, śnieg na drogach z każdym kilometrem będzie coraz bardziej prawdopodobnym testem naszych letnich opon. Moja Asia nakłania mnie żebyśmy poszukali noclegu w miejscu, które jest oznaczone na mapie jako miasteczko o miło brzmiącej, kobiecej nazwie Ainsa. Tuż za pierwszym mostem stajemy przy pierwszym lepszym, oświetlonym wewnątrz lokalu z krzesłami wystawionymi na ulicę oraz błękitnym, blaszanym prostokątem z literą “H”. Cena za nocleg jest “do przełknięcia”, no i do tego serwują gościom z rana w barze śniadanko z obowiązkową kawą (według Asi była to najsmaczniejsza kawa jaką piła w Hiszpanii, nie tylko podczas naszego katalońsko-aragońskiego tour). Pytamy się “szefa zmiany” czy warto się wybrać na nocny spacer po mieście i gdzie dotankujemy auto bo niepokoić nas zaczął deficyt gasolineras od sporej ilości przebytych kilometrów oraz wskazówka paliwomierza zbliżająca się złowieszczo w stronę lewego ekstremum. Ku otusze okazuje się, że tzw. casco antiguo (co można tłumaczyć jako stare miasto) zaczyna się tuż za rogiem więc szybko zbieramy siły, by po północy zrobić rekonesans.


 
                   Wspinamy się po niekończących się kamiennych stopniach, w gąszczu bujnej roślinności, przy akompaniamencie ciszy śpiącego średniowiecznego miasta. Co jakiś czas w rześkim powietrzu niesie się głuche echo szczekania psów przeplatane pomiałkiwaniem kotów. Stare miasto okazuje się bardziej stare aniżeli byśmy mogli przypuszczać. Jest doskonale odrestaurowane, a brak “żywej duszy” na jego ulicach potęguje atmosferę jego modelowego średniowiecznego charakteru. Nasza wyprawa staje się niemal podróżą w wehikule czasów. 

 

                          No cóż, szkoda, że nie odrobiliśmy wcześniej lekcji historii zatytułowanej “Legenda o Krzyżu z Sobarbe”. Według tejże legendy w roku Pańskim 724 chrześcijanie uciekający w popłochu z całego Półwyspu Iberyjskiego po inwazji wyznawców Allacha zebrali się w tym niepozornym miejscu i zaprzysięgli rekonkwistę (od 711 roku w którym rozpoczęła się konkwista mauretańska minęło już trzynaście lat, w rękach Arabów był wówczas prawie cały Półwysep).

                          Rycerze chrześcijańscy dowodzeni przez niejakiego Garci-Ximeno zwyciężają w bitwie “ostatniej szansy” nad niepowstrzymanymi Maurami. Wszystko dzięki swojej nadnaturalnej odwadze, którą tchnął w nich widok “świetlistego krzyża”, a którego iluminację ujrzeli nad rozłożystym dębem. Osada Ainsa tym samym wraca w ręce Chrześcijan, a razem z tym nadzieja na przetrwanie inwazji Muzułmanów. Pamięć tego wydarzenia  świętuje się tutaj dwa razy w roku (kto powiedział, że impreza należy się tylko raz na 365 dni!?) jako tzw. “Morisma” (Moro oznacza po kastylijsku Maur). Iluminujący krzyż unoszący sie nad występującym w tej części geograficznej gatunkiem dębu jest rzecz jasna godłem gminy Sobrarbe, ale symbol ten również zasłużył na to by znaleźć się na jednej z ćwiartek herbu Aragonii.


                           W 1124 roku Ainsa otrzymuje “zasłużone” prawa miejskie z rąk króla Alfonsa I, uzyskując takie same przywileje jak sąsiednia metropolia Jaca, do początku XVII w. trwa jej niezmącony rozkwit. Od tego momentu stopniowe podupadanie miasta idzie w parze ze wzrostem znaczenia znajdującej się w nim katolickiej kolegiaty. Tak się “przypadkiem” składa, że ta z każdym kolejnym wiekiem zyskuje na znaczeniu m.in. podczas wojny o sukcesję tronu oraz w wojnach karlistowskich...
                                                                                                                                                    Piotr





środa, 7 grudnia 2011

Włoskie wakacje na workcampie

Urwisek śpi, więc nałogowo słucham Irene Grandi, której płytkę znalazłam podczas porządków (hurra!) i wspominam, chyba najlepsze w życiu wakacje, spędzone na południu Włoch dwa lata temu. Udało mi się też na temat tamtych niesamowitych miejsc skleić całkiem niezły artykuł do Uczelnianej Gazety. Jeśli macie ochotę na parę sentymentalnych chwil, lub szukacie inspiracji na wakacje zapraszam do przeczytania J


Positano- urokliwe miasto położone na wzgórzach Wybrzeża Amalfitańskiego.



 
Zastanawiałam się długo jak pogodzić głód podróży z niewielkimi oszczędnościami?! Z pomocą przychodzi Stowarzyszenie ‘Jeden Świat’ - wymiana kulturowa ‘workcamp’ funkcjonuje na całym świecie. Idea jest taka: samemu pokrywa się koszty przejazdu do danego kraju, a w zamian za pracę dostaje się nocleg (najczęściej u mieszkających tam rodzin lub pod namiotem), wyżywienie i wycieczki po pracy i w weekendy. Praca jednak jest pretekstem do spotkania, drugiego człowieka i jego kultury, a w projekcie mogą brać udział nie tylko studenci, ale osoby w każdym wieku, osoby niepełnosprawne oraz rodziny z dziećmi.
Spakowałam plecak i ruszam na 3 tygodnie przygody na tego pięknego kraju. Tanią linią lotnicza dolatuję do mojego ukochanego miasta - Rzymu, gdzie zatrzymuję się na 3 dni, żeby pospacerować ulubionymi uliczkami. Jeśli ktoś jest w Rzymie pierwszy raz, 3 dni to zdecydowanie za mało! Do zobaczenia czeka Kapitol, starożytne Forum Romanum, schody hiszpańskie, Koloseum, Fontanna di Trevi i dziesiątki innych, wcale nie mniej okazałych fontann, piazza Navona, i tu wymieniać można by było jeszcze długo, długo…Oprócz tego jest Watykan, na który warto przeznaczyć, chociaż jeden pełen dzień. W Rzymie śpieszyć się nie warto, bo ominie nas najprzyjemniejsze – leniwe sączenie kawy, (która często jest połowę tańsza pita przy barze, niż przy stoliku), delektowanie się niesamowitymi lodami (najstarszą, i według opinii wielu lodożerców najlepszą lodziarnią w mieście jest Giolitti – na Uffici del Vicario 40), a na obiad zatrzymuję się w dzielnicy łacińskiej na Zatybrzu, z dala od turystów i wywindowanych cen. 
Nasycona gwarnym klimatem stolicy Włoch jadę pociągiem do miasta, gdzie narodziła się pizza – Neapolu. Najtaniej jest podróżować pociągiem oznaczonym jako ‘Regionale’, najdrożej ‘ES Italia’. We Włoszech mówi się, że Pizza neapolitańska powstała, żeby uczcić narodową flagę, stąd kolory: czerwony – sos pomidorowy, oryginalny z pomidorów San Marzano, rosnących na wulkanicznych polach pod Wezuwiuszem, biały – ser mozzarella, koniecznie z bawolego mleka i zielony – liście bazyli. Pyszna! Pizze popijam lokalnie wytwarzanym winem ‘Lacrima Christi Del Vesuvio’ (Łzy Chrystusa). Z winem związana jest legenda. Winny szczep Lacrima Christi zrodził się z łez Chrystusa, który płakał nad skradzionym przez Lucyfera kawałkiem kawałkiem nieba. Ten kawałek nieba Lucyfer przeniósł właśnie do zatoki neapolitańskiej. Dla mnie to istny raj, hałaśliwy, trochę zabrudzony, tłoczny, parny, ale jednak raj, za którym często wracam tęsknie w myślach..
 W Neapolu na nocleg zatrzymuję się w ‘Fabric Hostel & Club’. Hostel czysty, blisko metra, i portu, a tuż przy hostelu rybacy sprzedają swoje morskie zdobycze. Spaceruję wśród straganów, delektuję się zapachem morza, dźwiękami przekrzykujących się targujących staruszków i sprzedawców zachwalających swoje towary. Nieznajomość języka włoskiego nie przeszkadza. Wystarczą chęć porozumiewania się, podstawowe włoskie słówka przeczytane w rozmówkach i mowa ciała.
Wsiadam w pociąg zmierzający dalej, na Włoch i całą drogę, do nadmorskiego miasta Salerno, spędzam przyklejona do szyby. Widoki zapierają dech! Pociąg jedzie malowniczymi mostami, tunelami poprowadzonymi pod górami, i na skraju urwisk wpadających wprost do morza. Salerno witam uśpione o poranku. Obowiązkowa kawa, wypita przy barze z niespiesznie podążającymi do pracy Włochami, i już siedzę w autobusie jadącym do malutkiej górskiej miejscowości Roscigno, którą ciężko znaleźć na mapie. Osobom posiadającym wrażliwe żołądki i chorobę lokomocyjną odradzam podróż do Parku Narodowego Del Ciliento. Ilość serpentyn, które trzeba pokonać, żeby tam dotrzeć jest niezliczona, ale warto odbyć tą trasę. W nagrodę czekają zapuszczone górskie ścieżki, wyschnięte latem, koryta rzek, pełna nietoperzy Grotta di Castelcivita, i obłędne widoki wpadających w Morze Tyrreńskie pasm górskich.
Kolejne 2 tygodnie, spędzone na budowie ścieżek w Parku Narodowym Del Ciliento oraz renowacji zapomnianej kapliczki, mijają w tempie błyskawicznym, jak wszystkie piękne chwile, zdecydowanie za szybko. Mieszkanie z Włochami to czysta przyjemność. Po pracy, czekają na nas, uczestników workcampu lokalne przysmaki: makaron, codziennie z innym sosem, domowe wino i desery. Popołudniami Włosi zabierają nas na wycieczki po okolicy. Jedziemy do parku archeologicznego Paestrum, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. To starożytne miasto, założyli w VII wieku p.n.e. Grecy, a do dziś w dobrym stanie zachowała się między innymi, zbudowana w stylu doryckim Świątynia Ateny i amfiteatr rzymski.
W miejscowości Pisciotta próbuję cannoli – deseru charakterystycznego dla Sycylii, i od razu zakochuję się w tych słodkich rurkach, wypełnionych po brzegi serem ricotta z kandyzowaną skórką pomarańczową. Włoch jest mekką najlepszej mozzarelli – to właśnie na południu produkuje się ser mozzarella di bufala. Z bawolego mleka powstają też świetne jogurty i lody, których nie spróbujecie nigdzie indziej na świecie. Moim gastronomicznym odkryciem-zaskoczeniem była pizza z ziemniakami - niesamowita! Ale dość o pieszczących podniebienie smakołykach, bo mój spragniony włoskiej uczty żołądek na samą myśl, zaczyna niebezpiecznie burczeć.
Kiedy myślę o Włoszech, wraca wspomnienie wyspy, którą upodobali sobie zamożni – Capri. Wyspa zbudowana jest ze skał wapiennych, co ułatwiło powstanie wielu jaskiń, grot i bajecznych, wystających ponad poziom wody formacji skalnych. Na rejsie motorówką, pędząca wokół wyspy i do, zbyt tłocznej w sezonie, Grotta Azzurra, czułam się jak hollywoodzka gwiazda na planie filmu o Jamesie Bondzie. Choć jest tu pięknie, na wyspie nie zatrzymuję się na ze względu na kosmiczne ceny, podobnie jak na Wybrzeżu Amalfitańskim. W mieście Salerno popijam, wśród zaczepiających mnie tekstem ‘Ciao Bella!’ Włochów kieliszek cytrynowego likieru limoncello, i już nie mogę się doczekać, kiedy znowu przylecę do Włoch.


Starożytne Paestrum – Świątynia Ateny

Orientacyjne koszty podróży:
Przelot w dwie strony z Krakowa do Rzymu(Ciampino) linią Ryanair – 334 zł + ok. 80 zł kolejka z lotniska w Ciampino do Rzymu
Nocleg w Rzymie – ok. 80 zł doba w pokoju wieloosobowym
Nocleg w Neapolu w hostelu młodzieżowym ‘Fabric Hostel & Club’ – ok. 85 zł doba w pokoju 5 osobowym.
Pociąg z Neapolu do Salerno i z powrotem – 15 euro
Pociąg z Rzymu do Neapolu i z powrotem – 21 euro
Autokar z Salerno do Roscigno – 4 euro
Obiady (najlepiej zamówić ‘menu turistico’, czyli menu dnia, w skład którego najczęściej wchodzi sałatka, pierwsze danie, drugie, deser i kawa)– ok. 8 euro
Dodatkowe koszty dziennie (kawa, drobne zakupy, bilet na metro) – 6 euro
Wstępy: Muzeum Watykańskie – ulgowy 8 Euro, normalny 15 euro
              Forum Romanum + Palatyn + Koloseum – 7,5 euro ulgowy, 12 euro normalny
              Pompeje – 5,5 euro ulgowy, normalny 11 euro
              Wezuwiusz – 4,5 euro ulgowy, 6,5 euro normalny
Prom z Salerno na Capri i powrotny – około 12 euro
Przydatne strony internetowe:
Rozkład pociągów we Włoszech – www.trenitalia.com
Hostele – www.hostelbookers.com
Stowarzyszenie ‘Jeden Świat’ - www.jedenswiat.org.pl

wulkan Wezuwiusz

grafitti Neapol

Parco Nacionale del Cilento

przyjażnie nastawiony mieszkaniec Roscigno

wtorek, 15 listopada 2011

Kadyks


Do odwiedzenia takich miast w Hiszpanii jak Barcelona, Madryt, Sewilla, Granada czy Santiago de Compostela nikogo nie trzeba chyba przekonywać, a czy słyszeliście coś o Kadyksie?!? Jeśli nie to czas najwyższy nadrobić te luki, bo to miasto w niczym nie ustępuje wyżej wymienionym! Co czyni z Kadyksu i jego regionu miejsce wyjątkowe?
 Po pierwsze – historia. Miasto założone przez Fenicjan około 1100 roku p.n.e. i uchodzi za jedno z najstarszych w Europie. Przechodziło pod władze Kartagińczyków, Rzymian, a później Arabów. W XVIII wieku uzyskało monopol na handel z Nowym Światem i rozkwitało jako miasto posiadające największy port w Hiszpanii. To tu została uchwalona pierwsza konstytucja narodowa w 1812 roku, a po tym wydarzeniu Kadyks na krótko stał się stolicą Hiszpanii.
Po drugie – położenie. Miasto leży na półwyspie, połączone jest z lądem cienkim przesmykiem, z każdej strony otoczone oceanem. Daje to niesamowitą możliwość delektowania się pięknem starówki, zabytków, a zaraz potem wygrzewania się na miejskich plażach, kąpieli w ciepłych wodach czy uprawiania surfingu, dla którego warunki są tu znakomite.
Po czwarte – zabytki i klimat gwarnych uliczek starówki. Do najpiękniejszych zabytków Kadyksu należy barokowa Katedra z pyszniącą się w południowym słońcu złotą kopułą. Katedra skrywa w sobie grób urodzonego w Kadyksie słynnego kompozytora  Manuela de Falli.
Nad miastem króluje wieża widokowa Torre Tavira z camera obscura, rodzajem ruchomego zwierciadła, które odbija całe miasto. Dzięki systemowi luster można dotrzeć do najodleglejszego zakątku miasta.
Będąc w Kadyksie uwielbiam odwiedzać stare mercado, wsłuchiwać się w odgłosy targujących się ludzi i podziwiać kolory i kształty słodkich owoców i świeżo wyłowionych z oceanu owoców morza. Niedaleko rynku, na Plaza Topete 4 znajduje się najlepsza w mieście freidurias (smażalnia ryb). Pescado frito, smażoną rybę od rekina po kalmary podają na wynos, można ją zjeść n pobliskiej plaży lub uroczym placu.
Po trzecie – kultura. Południe Hiszpanii słynie z flamenco, namiętnego połączenia śpiewu, gry i tańca, który trzeba zobaczyć i poczuć. Kadyks o każdej porze roku oferuje niesamowite fiesty. Do najciekawszych należy karnawał obchodzony na początku marca, tak hucznie, że dorównuje karnawałowi w Rio de Janeiro czy Wenecji. Spektakularnie obchodzi się też Wieli Tydzień w kwietniu oraz obchody związane ze świętem patronki miasta 7 października – Matki Boskiej Virgen del Rosario.
Po czwarte – okolica. Kadyks jest świetną bazą wypadową do Parku Narodowego de Donana. Tutaj na ucztę złożoną ze skorupiaków zatrzymują się Flamingi olbrzymie. Bagna i wydmy są zimą schronieniem dla tysięcy wędrownych ptaków. Azyl w parku znalazł też daniel, jeleń szlachetny, orzeł cesarski i zagrożony wyginięciem hiszpański ryś.
Po nasyceniu się pięknem przyrody warto wyruszyć do miasta Jerez de la Frontera - stolicy sherry. Wycieczka po Bodega Gonzales Byass kończy się degustacją trunków i tapas. Tuż za rogiem bodegi znajdziemy pomnik papieża Jana Pawłą II, który pięcionawowy, zapierający dech swoim ogromem kościół, podniósł rangą w hierarchii kościelnej i uczynił katedrą.
Po piąte, na wyjątkowość Kadyksu składa się jeszcze… Wymieniać można by jeszcze długo – kuchnia, wydarzenia kulturalne, przyjaźnie nastawieni mieszkańcy, rewelacyjna baza noclegowa, ale chyba już dalej nie muszę Cię zachęcać do odwiedzenia tego niesamowitego miasta…


Jak dojechać?
Linią lotniczą Ryanair – lot z Wrocławia lub Krakowa do Malagi kosztuje z opłatami lotniskowymi od 240 zł/osoba. Z lotniska samochodem podróż do Kadyksu trwa ok. 4 godziny.
Wynajem samochodu na lotnisku – polecam firmę GOLDCAR rental, samochód klasy ekonomicznej kosztuje 11Euro za dzień, jest tez możliwość zwrócenia go na innym lotnisku.
Dobre połączenia są też z Jerez de la Frontera, ale lot jest z przesiadką w Londynie lub Frankfurcie.

Gdzie spać?
Sercotel Itaca Hotel Jerez ****, Jerez de la Frontera, - klimatyczny hotel położony w samym centrum miasta, w XVIV wiecznym kościele, dobra cena do wysokiej jakości, plus za rewelacyjne śniadania, minus za brak parkingu
Hotel Avenida Playa **, Zahara de los Atunes, Hotel położony 50 m od pięknej plaży, pokój dwuosobowy ze śniadaniem 38 Euro, pół godziny drogi od Kadyksu

Co w menu?
- GAZPACHO - chłodnik z pomidorów, czosnku, czerwonej papryki, idealny na upały
- GAZPACHO BLANCO – swój rodowód zawdzięcza Maurom, esencja mleka migdałowego i czosnku. Gazpacho podaje się z białymi winogronami, prawdziwy rarytas!
- JAMON IBERICO – szynka produkowana z odmiany czarnych świń karmionych żołędziami
- TAPAS – to mała porcja potrawy, podawana do szklaneczki piwa lub kieliszka sherry
- TOCINO DE CIELO – pyszny deser mleczno- jajeczny z karmelową polewą, przypomina popularny na północy Hiszpanii flan